|
Witam serdecznie wszystkich warzywolubnych. Chciałbym Was szczerze zachęcić do fantastycznej formy relaksu, jakim dla mnie od niedawna stało się tzw. morsowanie, czyli krótko mówiąc korzystanie z dobrodziejstwa zimnej wody.Nie chcę Was zanudzać przepisem „jak to się robi”,tego w necie jest w bród, poza tym mam jeszcze mało doświadczenia w tej materii,ale opisać krótko moje wrażenia i pierwszy kontakt z tym jakże fascynującym zjawiskiem jakim jest morsowanie.
Moja przygoda zaczęła się po prostu przez zachęte przyjaciela, który jest nie tylko trenerem mojego syna, ale także instruktorem, sensei'em Kyokushinkai i combat kalaki. Andrzej to ambitny i wytrwały sportowiec. Jego wielokrotnie kontuzjowane ciało(udziały w zawodach,mocne treningi),było po mimo wszystko świetnie rozciągnięte i szalenie sprawne(mimo tego,że swoje lata już ma). Oczywiście jest to zasługa wieloletnich treningów, jednak Andrzej twierdzi, że nie tylko. Jest coś co mu zawsze „zeruje licznik”,odświeża i dodaje hektolitry endorfin i jak nietrudno się domyślić chodzi właśnie o morsowanie. Nie trzeba mnie było długo przekonywać, obiecałem mu ,że zabiorę się z nimi przy pierwszej okazji. Piękne nadbużańskie łąki, rozlewiska, już to napawało mnie ogromnym optymizmem, choć nie ukrywam, że się trochę obawiałem pierwszego kontaktu z tak zimną wodą. Jak się okazało, od lat w moim mieście funkcjonuje spora grupa Morsów, którzy co Niedziela licznie stawiają się na na zbiórce, jak miałem się przekonać później,wesołe, sympatyczne, połączone wspólną rozgrzewką(oczywiście fizyczną). Po krótkiej ogólnej rozgrzewce, którą z regóły jest wycięcie przerębla, lub sforsowanie cienkiej kry(to przeważnie robi nasz lodołamacz Andrzej), rozbieranko, czapa na głowę(konieczna) i siup do wody. No cóż byłbym obłudnikiem gdybym napisał, że jest od razu cudownie i komfortowo,choć każdy swój „pierwszy raz” przeżywa oczywiście inaczej, jedni zaczynają od zanurzenia stóp, wejścia do pasa itp.,ja wlazłem cały od razu, co niemal pozbawiło mnie tchu, pozbawiło wręcz czucia, ale z każda sekundą jest coraz lepiej, nasz organizm to cudowny mechanizm różnych funkcji, które czy chcesz, czy też nie, bardzo szybko radzą sobie w ekstremalnej sytuacji. Czuję jak zaczyna mnie ogarniać potężna radość, jakaś taka dziwna, pierwotna, nie zależna od niczego, ciało wręcz wrze, wszelkie nasze odnóża rwą się do ruchu ,co mnie zdziwiło najbardziej, ale najlepsze i tak jest przed nami. Najlepsze jest samopoczucie po wyjściu, wytarciu do sucha i szybkim ubraniu w ciepłe ubranko, następuje wtedy kumulacja wszystkich zalet i przeżyć występujących podczas pobytu w wodzie, oraz premia w postaci potężnej dawki energii i znowu ta napływająca radość-wszechogarniająca iniesamowita. Już po wszyscy przeważnie rwiemy do biegu, dość solidnie by rozgrzać stawiki, później rozciąganie, bardzo lekkie i swobodne. Samopoczucie jest wyśmienite, zero gnębiących nieraz po długich wybieganiach boleści, coś cudownego i niepowtarzalnego. Próbowałem już w swoim życiu różnej maści odnowy bilogicznej i jak dla mnie to żadna z nich nie daje takiego efektu. Kochani, porzućcie barierę psychiczną(dla mnie to ona w głównej mierze jest powodem jakichś obaw) i spróbujcie, choć raz ,a żadne z was już się przed tym nie obroni,ostrzegam to UZALEŻNIA.Warto przed morsowanie zasięgnąć opinii lekarza, zbadać przy okazji swój stan zdrowia. Po jednym sezonie morsowania mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć,że było warto, mi pomaga to się szalenie zrelaksować, zaleczyć wszelkie zakwasy, lekkie kontuzje, pozyskuję dzięki morsowaniu dawkę energii, która starcza na cały tydzień, do następnej Niedzieli. Pozdrawiam wszystkich do zobaczenia nad stawem, rzeką lub jeziorem gdy leży śnieg, a woda skuta jest lodem Pozdrawiam Sławek |